popsuć sobie święta.
Kiedyś... zawsze jest wrażenie, że kiedyś wszystko było lepiej. Teraz też mam takie wrażenie, więc może kiedyś będę miał wrażenie, że teraz, czyli kiedyś jest lepiej. Mniejsza z tym. Kiedyś o tej porze roku zaspy sięgały kolan, ciężarówka Coca-Coli miała problem z dostawą popity do flaszki na pasterkę, wracało się do domu z mokrymi skarpetami, a katar z nosa nawet nie ciekł, bo już dawno zamarzł i to wszystko było kiedyś. Dzisiaj wyszedłem z domu odpocząć. Skończyły się czasy biegania w adidasach zimą. Założyłem buty za kostkę, długi płaszcz, wełniane rękawice i szalik, na łeb czapka złodziejka, taka jaką miał ten niski, krępy złodziej z Kevina, chociaż jakiś akcent świąteczny. Nim doszedłem na przystanek, już się wkurwiłem. Cała akcja z ubieraniem się jak na biegun polarny okazała się zbędna. Śniegu nie ma, mrozu też nie. Za to piździ i pada. Deszcz w 3 minuty mnie zmoczył, rękawiczki i czapkę można było wyciskać. Wczoraj czyściłem buty, a tu bagno wszędzie, więc całe wyglądają, jakby były brudne od gówna. Ja sam wyglądam jak przemoczona kupa gówna. Wsiadłem do autobusu, autobus jedzie, jedzie tak jak kiedyś jechał tylko latem, bo kurwa każdy już spocony w swoim zimowym kubraczku. Żaden Tom Ford na to nie pomoże.
Po 5 minutach lekko ścięty wonią ambrozji z pod pach Januszy i Grażyn(dobrze, że mam zajebane zatoki przez jakiś wirus typu H5N1 czy coś, bo bym się tam udusił) czułem się jakbym walnął wbite z wiadra, a nie jaram ani trochę. Poziom wilgoci jak w lasach równikowych, miałem wrażenie, że zaraz para będzie się skraplać w środku i będzie na mnie padać. W sumie to żadna różnica, bo szyby i tak przeciekały w rozklekotanym i wysłużonym mercedesie komunikacji miejskiej. W końcu dojechałem do celu, wysiadam i pierwsze co widzę to jakiś pijak żebra na rogu, nawet nie idę w tamtą stronę, wypierdalaj do roboty. Czemu mam dawać swoje 3 złote na piwo na jego 3 złote na piwo. Też bym się napił, a przed 12 jest. Poczekam.
Poszedłem do pobliskiej kawiarni, klimat jak u mnie na strychu, więc swojsko, jak u siebie. No prawie, bo nie ma flaszek i jest więcej ludzi. Szkoda, wolałbym posiedzieć sam. Zamówiłem kawę, czarną, zawsze zamawiam czarną. Miałem popracować, a wyszło jak zwykle. Właśnie dlatego nie mam na Twoje piwo menelu, co mnie zaczepiasz na ulicy. Na swoje jednak zawsze znajdę. Hehe. Zamiast pracować wzięło mnie właśnie na wspominki o "kiedyś". Myśląc o kiedyś pomyślałem, że zacznę pisać. W sumie nie zacznę, a znowu będę pisał. Kiedyś pisałem i to całkiem sporo i całkiem nieźle mi to szło. Jednak banda idiotów w koło, którzy celebrują jakże wspaniały dzień imienia Św. Mikołaja skutecznie wszystkie myśli zagłusza. Nie wiem, nie potrafię się cieszyć tą świąteczną otoczką po za domem. Wkurwia mnie. Wszyscy są tacy mili, a kosy między żebrami to najczęstszy prezent na święta. Trup ściele się gęsto. Kiedyś ufałem wszystkim, teraz nie ufam nikomu. Prawie. Z pracy nici, odpocząć też nie odpoczywam.
Po 3 godzinach musiałem opuścić swoje miejsce, bo się okazało, że ktoś zarezerwował stolik przy którym siedziałem. Ktoś zarezerwował stolik w kawiarni. Akurat ten. Akurat mój.
Z jednej strony mam to w dupie, w sensie nie przejmuje mnie to na więcej niż minutę, z drugiej doprowadza mnie to do szewskiej pasji. Jak wszystko. Hiperoptymizm i stan depresyjny miesza się w sinusoidę. Jestem taki bipolar. W ten właśnie sposób potrafię zepsuć sobie każdy dzień w roku. Mimo tej zdolności nie zawsze mi to wychodzi i kończy się to na sinusoidzie. Na całe szczęście dla mnie.

Komentarze
Prześlij komentarz